4 grudnia 2017

5 AMs

Nigdy nie myślałam, że będę w takiej sytuacji. Chyba każdy z nas tak czasem ma, że nie widać wyjścia, nie ma rozwiązania, brakuje w zdarzeniach logiki, a w głowie krąży tylko "gdyby, co by, jakby... gdyby". Tak, właśnie. Od ponad miesiąca codziennie budzę się i zasypiam z myślą "co by było, gdyby". I nie mogę się otrząsnąć, nie potrafię się dobudzić, nie umiem zapomnieć...

Codziennie.

Od 27-ego XX otwieram oczy, o ile w ogóle je zamknę, tylko po to, żeby zacząć się obwiniać. Codziennie przeżywam tą noc na nowo. Kładę się spać zmęczona po kilkunastu godzinach pracy i nie mogę zasnąć, bo wciąż myślę o nim. O tym, jak jest młody i jak wiele miał przed sobą... MA. O tym, że jakoś nigdy nikt z nas nie doceniał jego osoby, osobowości, jego ciepła, intelektu, jego pracy, JEGO. Gadam bezsensu, ale to nic. Gadam do siebie, więc wystarczy, że sama siebie rozumiem.

Wydaje mi się, że nigdy nie przestanę się obwiniać i nigdy nie przestanę wspominać każdej wspólnej chwili, jakkolwiek krótka i nieznacząca by była. Na pewno nigdy nie zapomnę rozmowy do 5 rano na huśtawce pod blokiem, rozmowy... Jak będą mnie palić lub wsadzać do grobu, ja dalej będę pamiętać każde PRZED i to niezmiennie przeklęte PO. Nigdy nie przestanę się obwiniać, choć wiem, że nie ma w tym mojej winy. Wiem, i wszyscy wokoło to powtarzają.

Rzeczywistość jest tak okrutnie przytłaczająca i tak beznadziejna, bezsenna, bezwierna, bezsensowna i w ogóle BEZ.

Jak myślicie, co czują ludzie, którzy są, ale ich nie ma, nie mogą nic powiedzieć, krzyknąć, zaśpiewać, rozpłakać się, wyznać grzechów, prawdy, miłości, kłamstwa... Widzą, czują, słyszą WSZYSTKO i nie mogą zrobić NIC.

...dzień, który zmienił świat.